Przyciski

niedziela, 12 stycznia 2020

Jaki jest bulterier? Subiektywnie o psim klaunie


Jak przyjechałam do Warszawy to nikogo tu nie znałam. Jednak poza walizkami ubrań i dodatków, zabrałam ze sobą coś jeszcze, a właściwie kogoś – Yoshka. Kiedy pierwszy raz przywieźliśmy go ze sobą do stolicy, miał chyba cztery miesiące. To właśnie dzięki niemu zaczęłam poznawać sąsiadów, głównie innych psiarzy. Niektórzy pytali czy to prawda, że ma 3 tony uścisku i przestrzegali, że za kilka miesięcy stanie się niebezpieczny i mnie zagryzie. Tych omijałam albo oni omijali mnie, właściwie, to omijaliśmy się nawzajem. Inni, którzy pewnie nie uważają, że blondynki są głupie, a osoby z tatuażami mają kartoteki policyjne, byli go raczej ciekawi. Dzięki temu zanim znalazłam swoją pierwszą pracę, miałam z kim rozmawiać i chodzić z psem. Podczas jednego ze spacerów zatrzymał się koło mnie samochód, opuściła się szyba i okazało się, że kierowca również posiada bulteriera, a do tego mieszka w okolicy. Umówiliśmy się na wspólny spacer, a potem na kolejne, w których brało udział jeszcze więcej przedstawicieli tej rasy i ich właścicieli. Od tamtego czasu nie miałam już nigdy problemu z zaplanowaniem sobie weekendu – niedziela dniem bulteriera!


Zawsze zastanawiam się czy przez te sześć lat udało mi się już poznać ponad setkę bulterierów, oczywiście licząc psy poznane podczas wspólnych zabawach, a nie te przelotnie wygłaskane na wystawie, ale wydaje mi się, że ta liczba została już przekroczona. Rekord spotkania to chyba 17 bawiących się ze sobą świnek. Psów, które podobno nie tolerują innych zwierząt, a już na pewno przedstawicieli swojej rasy. Psów, które rzekomo absolutnie nie powinny bawić się zabawkami w towarzystwie innych pupili, bo z pewnością dojdzie do wojny. Psów, które opisują ludzie, którzy bez wątpienia nigdy nie mieli z nimi styczności, a już na pewno nie poznali ich bliżej. Jeżeli ktoś chce zobaczyć, jak cudownie potrafią się bawić, to zapraszam na mój Instagram. Przez ostatnie lata dodałam mnóstwo zdjęć z bullowych spotkań. Bulteriery, które ja znam bardzo różnią się od tych przedstawianych przez media. Bez Yoshiego nie wiedziałabym o istnieniu tak bezinteresownej miłości nie tylko do najbliższych osób, ale też psyjaciół, bo bez wątpienia niektórzy kumple i kumpele, są jego prawdziwymi przyjaciółmi.


Ostatnio na spacerze z Yoshim zaczepił mnie chłopak, który powiedział, że zakochał się w tej rasie po przeczytaniu książki „Kraina Chichów”. Wygłaskał mojego „mordercę” i o dziwo nie stracił rąk. Co zaskakujące rąk nie stracili także weterynarze, u których Yoshi niestety jest stałym bywalcem, a którzy nigdy nie dostrzegli potrzeby założenia mu kagańca. Widać jednak dobrze mu z oczu patrzy. Wracając jednak do spotkania, przestrzegłam młodego amatora bullowych doznań, że takich psów nie da się porównać z żadną inną rasą, a ich posiadanie może wyjść bokiem. Dlaczego? Bo bulterier to specyficzne stworzenie, dla jeszcze bardziej specyficznych ludzi. Można je albo kochać, albo nienawidzić, nie da się pozostać wobec nich obojętnym. Wielu właścicieli jednogłośnie powtarza „raz bulterier, zawsze bulterier”. Ja również należę do tego grona. Dziwnie byłoby mi po 5 wspólnych latach, nagle mieszkać z normalnym psem, który np. nie ma „godziny świni”. Co kryje się pod tą nic nie tłumaczącą nazwą? „Godzina świni” – to czas, kiedy w bulterierze odpalana jest bomba lub inna petarda i on po prostu wybucha. Biega po domu, kręci bączki, odbija się od ścian, wskakuje na meble i wywraca wszystko do góry nogami. Oczywiście trochę demonizuję, ale kiedy siedzicie przy stole i piszecie coś na komputerze, a nagle na klawiaturę wskakuje wam rozpędzony psiak, a wy bez mrugnięcia okiem dalej robicie swoje, to znaczy, że to tylko codzienna rutyna.


Kiedy wzięłam Yoshka, to tak jakbym miała małe dziecko. Początkowo twardo trzymałam się tego, że będzie on spał na swoim posłaniu. Nie dlatego, że przeszkadza mi obecność psa w pościeli, ale dlatego, że moje łóżko jest bardzo wysokie i bałam się, że z niego spadnie. Pierwszą noc spędziłam praktycznie na podłodze, bo on ciągle piszczał. Brałam go na ręce, czekałam aż zaśnie i odkładałam na posłanie. W rezultacie spałam siedząc na podłodze z nim na kolanach. Po trzech nocach skapitulowałam. Yoshi spał od ściany, a ja całą noc spędzałam w trybie czuwania i podrywałam się jak tylko się ruszył. Po sześciu latach dalej dzielimy łóżko. Yoshi śpi między nami i stara się o sprawiedliwość. Raz odwraca się do jednego plecami, drugiemu wbijając sztywne łapy, a raz do drugiego, żeby obrywało się pierwszemu. Piszę o tym nie dlatego, że każdy właściciel bulla musi na to pozwalać. Rozpuściłam go za własnym przyzwoleniem i wcale nie żałuję. Chodzi mi raczej o to, że bull, to pies, który wyjątkowo potrzebuje kontaktu ze swoją rodziną. Kiedy zmywam naczynia lub gotuję, to on leży na moich stopach, kiedy czytam książkę siedząc w fotelu, to robi za ocieplacz moich nerek, a kiedy idę do łazienki on leży pod drzwiami, żeby nikt mnie stamtąd nie ukradł. Yoshi to pies, który przychodzi do mnie, przekłada mi łeb przez ramię i się przytula. Poza tym jak do niego cmokam, to on też to robi, co jest jedną z najśmieszniejszych rzeczy, jakie w życiu słyszałam.


Dlaczego o tym piszę? Żeby podkreślić jak wyjątkowym stworzeniem, nie psem, stworzeniem, jest bulterier. Zamrażarka Yoshka pęka w szwach od różnych rodzajów mięsa. Na przemian dostaje indyka, wołowinę, kozę, barana, łososia, muflona, kangura, lamę i jeszcze kilka innych. Jednak to nie na ich widok dostaje ślinotoku. Numerem jeden na kulinarnej liście marzeń mojego psa są ogórki kiszone, które kocha z całego serducha. Na tym jego dziwactwa się nie kończą. W nocy śpi w łóżku, w dzień natomiast urozmaica sobie odpoczynek, szukając jak najdziwniejszych póz, w których chyba nikomu innemu nie przyszłoby do głowy wypoczywać. Bo kto chciałby leżeć na fotelu ze zwieszonym w dół łbem albo robić sobie poduszkę ze stolika? Bez wątpienia nikt normalny. Jednak dalej nie doszłam do największego dziwactwa, które z tego co mi wiadomo, dotyczy nie tylko tego jednego przedstawiciela rasy.


Większość właścicieli psów powie, że są pewne magiczne słowa dla ich czworonogów – „idziemy na dwór”, „chodź na spacer”. U nas po takim haśle jest panika. Yoshi nie wie czy ma się zakopać pod posłanie w swoim transporterze, wepchnąć się pod łóżko, czy może teleportować do przyszłości, żeby mieć już wyjście z głowy. Najgorsze spacery dla niego to te przed godziną 11.00, bo on lubi sobie pospać z małą przerwą na śniadanie. Jak wiadomo to najważniejszy posiłek i nie można go pominąć. Samo wyjście to jednak nie wszystko. Podczas spaceru również mogą pojawić się komplikacje. Wystarczy, że Yoshi przypomni sobie jaki jest senny. Wtedy kładzie się na chodniku, wyciąga do tyłu nogi jak żaba, żeby nie dało się go podnieść i kontynuuje drzemkę. A ja mogę co najwyżej nad nim stać i zastanawiać się, co zrobić, żeby przekonać prawie 30kg do powrotu do domu, bo o dalszym spacerze, to już nawet nie ma mowy. Każda reguła ma jednak swój wyjątek. U mnie jest ona poprzedzona hasłem „jedziemy do bullsonów”. Wtedy frunę na parking jak latawiec, a Yoshi nerwowo popiskuje, żebyśmy się pospieszyli i szybko ulokowali go w transporterze. Spotkanie z psyjaciółmi jest warte wszystkiego, nawet rozłąki z kołdrą.


Tak samo jak bulterier Kulfon z „Krainy Chichów”, nie wyobrażał sobie braku spotkań z Pańcią, tak i Yoshi nie może żyć bez zabaw z Kreską i Piri. Jajogłowy z książki Jonathan Carroll i moja bułka są do siebie podobni jeszcze pod wieloma innymi względami. W końcu Kulfon też nie mógł żyć bez spania w łóżku i to najlepiej nie na kołdrze, a na człowieku i koniecznie z głową ułożoną na poduszce. Obaj potrafią siedzieć też tak jak na bulteriera przystało, czyli w sposób, w jaki nie siedzą inne psy. Rozwalone na tyłku, z opuszczoną głową, tak by ich postawa wyrażała ten doskwierający ból istnienia, a właściwie, to chyba bull istnienia. Pańcia natomiast na dźwięk imienia swojego kolegi Kulfona, zaczynała machać ogonem. Yoshi też zna słowa, które sygnalizują mu, że mowa o kimś wyjątkowym. Poza wspomnianymi już „bullsonami”, cieszą go również „mama”, „tata” i „babcia”. Przyjemne jest również „jeść”. W jednym z postów wspominałam, że nie mam telewizora, ale jak widzicie u mnie leci program rozrywkowy 24/7. Zdolności Yoshka można by tak chyba wymieniać w nieskończoność. W końcu on doskonale wie, że drzwi otwiera się skacząc na klamkę, w tych od balkonu trzeba ją popchnąć pycholem do góry, a w szufladach należy pociągnąć za gałkę. Co zrobić, kiedy upragniona rzecz leży na środku stołu? Nic prostszego. Wystarczy złapać za obrus i pociągnąć. Potem zajrzeć, czy skarb jest już w zasięgu zębów, a jeżeli nie, to czynność powtórzyć. Na koniec jeszcze zdradzę wam, dlaczego bulterier, to pies świnia. Otóż, kiedy za długo szukam klucza, a on się niecierpliwi, aż w końcu otworzę drzwi lub kiedy jego zdaniem zbyt wolno nakładam mu jedzenie, to zaczyna na mnie chrumkać, jak najprawdziwszy prosiaczek. Ciekawe czy gdzieś na świecie jest takie miasteczko jak książkowe Galen. Miejsce, gdzie ludzie kochają bulteriery i można je spotkać na każdym kroku. Tylko takie prawdziwe, ale co mam na myśli, dowiecie się czytając „Krainę Chichów”. To byłoby moje miejsce na ziemi.


Więcej o życiu Yoshkozaura

środa, 4 września 2019

Zielono mi


Paleta kolorów, która dominuje w mojej szafie jest dość stonowana. Najwięcej ubrań można znaleźć w odcieniach mojej ulubionej bieli, a potem idąc przez kremy i beże, dotrzeć aż do brązów. Trochę miejsca zajmują też rzeczy w odcieniach szarości i czerni, ale nie należą one do moich ulubionych. Nie do końca wierzę, że to piszę. Czerń zawsze była u mnie numerem jeden, a ostatnio pojawia się w moich zestawach sporadycznie. Mam wrażenie, że w tej kwestii mam coś zakodowane w genach. Zawsze krzywiłam się, że moja mama ciągle sięga po brązy. Nie lubiłam ich w całej rozpiętości odcieni od bladego cappuccino, przez intensywny karmel, aż po ciemną czekoladę. Może takie zmiany przychodzą z wiekiem? Brązy jako objaw dojrzałości?



Poza tymi kolorami, które zawsze przyciągają moją uwagę są również takie, które staram się omijać (wszelkie neony, czerwień, kobalt, fuksja i ogólnie wyraziste odcienie). Z dzieciństwa natomiast zostało mi zamiłowanie do różu i fioletu, kiedyś dwóch moich ulubionych kolorów. Wciąż na szczycie listy zakupowej mam wrzosową sukienkę. Model w wersji maxi z krótkim rękawem i ozdobnymi guziczkami. Jak byłam mała, to kilka takich sukienek w wersji gładkiej i w kwiaty, nosiła moja mama. Być może to też jakaś forma ewolucji, że naśladuję nie tylko kolorystykę, ale nawet chcę ściągnąć konkretne modele. Jakby nie było, w przeciwieństwie do sukienki z Mody Polskiej, te nie uchowały się gdzieś na dnie szafy, więc na razie rozglądam się za nimi po sklepach. Żadna nie ma w sobie jednak tego czegoś, choć fiolety oczywiście się pojawiają. Wrzosowe sukienki widziałam między innymi w: & Other Stories, Realisation Par i Ghost.



Zanim znajdę idealną sukienkę w delikatnym odcieniu fioletu, mam okazję nosić zupełnie inne kolory. Do tej pory na blogu pojawił się między innym pomarańczowy model z Free People. Dość popularna w ostatnim czasie była także zieleń. Od dość intensywnej sukienki Faithfull The Brand w białe kwiatki, którą pokazywałam w tamtym roku, po blady komplet z golfem i krótkim legginsami z Mango. Tym razem wybór znów padł na zieleń. W mojej stylizacji pojawił się nie tylko kombinezon w tym kolorze, ale również kimono. Na tym eksperymenty z kolorami się nie kończą. Jak tylko znajdę chwilę czasu, to na blogu pojawi się również wpis z zestawem zdominowanym przez biel i róż, współgrające z czerwonymi akcentami.



Kombinezon – FAITHFULL THE BRAND
Kimono – ZARA
Torebka – ANIA KUCZYŃSKA
Buty – ZARA
Naszyjnik – KATIE MULLALLY
Kapelusz – lumpeks




czwartek, 29 sierpnia 2019

Sukienka i Martensy


Wiecie, co alkoholik robi w nagrodę za abstynencję? Ja nie mam pojęcia, ale bez wątpienia nie funduje sobie drinka. Ja natomiast moją wstrzemięźliwość zakupową nagrodziłam pewną transakcją. Od początku roku szło mi świetnie. Planowo podczas wyprzedaży kupiłam tylko kilka rzeczy, które też nie były podyktowane impulsem, a dodane do zakładek z dużym wyprzedzeniem. Teraz spodziewałam się kontynuacji, czyli znów pół roku bez zakupów. Dyspensa miała dotyczyć tylko zakupu zimowej kurtki, bo ta którą mam od kilku lat, zwyczajnie już nie trzyma ciepła, jak na początku. Co poszło nie tak? Sama nie wiem. Do tej pory może i oglądałam wszystkie te sukienki z kolekcji Faithfull, Réalisation Par, Reformation i Free People z wypiekami na twarzy, ale nigdy palec nie swędział mnie na tyle, żeby dodać je do koszyka. Tym razem było inaczej.



W ubiegłym roku kupiłam sukienkę Faithfull The Brand. Model „Rivera” w wersji zielonej w białe drobne kwiatki. Na blogu mogliście ją zobaczyć w niezwykłych okolicznościach przyrody, bo na tle sielskiej wsi, a nie jak to zwykle bywa w otoczeniu betonowej dżungli. Tym bardziej dziwi mnie fakt, że po raz drugi wybór padł właśnie na model „Rivera”. Tym razem na wersję brązową w białe kwiaty. Jak się okazało po przejrzeniu zdjęć z ubiegłego roku nie jestem szczególnie oryginalna, bo i tym razem sukienkę uzupełniłam białymi Martensami. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że mogłabym okazać jakąś skruchę, ale nie planuję bić się w pierś. Sukienka jest przepiękna i nie myślę o niej jak o chwilowym kaprysie, a jak o zakupie na lata.


W stylizacji poza nową sukienką pojawił się także kapelusz, który niedawno podarowała mi mama. Jest to kolejne nakrycie głowy, które upolowała dla mnie w lumpeksie za bajońską kwotę tzn. za złotówkę. W ostatnim czasie dostałam od niej kilka kapeluszy, głównie modeli typu bucket hat. Dzięki temu mam już wersje w czerwone kropki, grantowe paski i egzotyczne kwiaty. Cena zawsze ta sama, bo chyba nikt poza mną nie gustuje w takich wędkarskich kapeluszach. Brakuje mi jednak trochę czasów, w których pobliskie lumpeksy obfitowały w rzeczy z metkami Acne, COS i Allsaints, ale w sumie nie mogę narzekać.


Sukienka – Faithfull The Brand
Torebka – Mango
Buty – Dr. Martens
Naszyjnik – Katie Mullaly
Kapelusz – lumpeks




czwartek, 22 sierpnia 2019

Sukienka Moda Polska Warszawa


Ostatnio zrobiłam się bardzo sentymentalna. Moja tęsknota za starymi czasami nie jest zupełnie nieuzasadniona. Kiedyś wszystko miało smak i nie mówię tu o pomidorach, malinach i morelach, choć ich niestety też to dotyczy. Kiedy chodząc do szkoły na wszystkie rzeczy musiałam odkładać z kieszonkowego lub pieniędzy uzbieranych na urodziny albo inną okazję, zakupy cieszyły dużo bardziej. Teraz kiedy mogę po prostu włączyć stronę ulubionego sklepu internetowego i zamówić kolejną sukienką lub inną część garderoby, to kupowanie straciło cały swój czar i przestało cieszyć. Jest to oczywiście tylko jeden z powodów, dla których staram się ograniczać zakupy do minimum, ale ma on dla mnie dość duże znaczenie. Brak magii wiąże się też z inną kwestią. Ubrania są produkowane w takich ilościach, że ciężko czuć, że ma się w swojej szafie coś wyjątkowego. Ostatnio nawet spragniona jakiejś nowej perełki, wybrałam się do lumpexu, ale i to miejsce, w którym przed laty kupowałam wiele wspaniałych rzeczy za grosze, bardzo mnie rozczarowało.



Na otarcie łez dostałam za to sukienkę, którą moja mama trzymała nie wiedzieć po co od lat. Dzięki temu mam rzecz 2 w 1 – unikat, który został zakupiony 40 lat temu i ciekawą historię, na której tak mi zależało. Jak się okazało, model sygnowany metkami „Moda Polska Warszawa” i „Produkcja Modelowa”, to nie zwyczajna sukienka, jakich wiele. Moja mama w wakacje 1980 spacerowała w niej po Warnie. Był to szczególny moment, nie tylko w historii sukienki, ale również naszego kraju. Wyjazd na wakacje był utrudniony, bo w Lublinie rozpoczęły się strajki i przyspawano lokomotywy do torów. Odjazd pociągów odbywał się z Motycza, do którego trzeba było się dostać w inny sposób. Cały wyjazd wiązał się z wieloma historiami, zarówno tymi dotyczącymi zainteresowania, jakie wzbudzała na kempingach osoba mająca ze sobą aktualne informacje o lubelskich wydarzeniach, jak i mniej związane z bieżącą sytuacją – pożar przyczepy kempingowej na promie przez Dunaj. Co by zatem nie mówić, ta sukienki nie jedno widziała i nie jedno słyszała.



Słuchając historii sukienki z Mody Polskiej znalazłam też wytłumaczenie dla mojej rozrzutności i słabości do kupowania. Jak się okazało jej zakup wiązał się z wydaniem 1/3 ówczesnej pensji, którą moja mama zarabiała jako kierownik laboratorium. Co lepsze w Modzie Polskiej były dostępne także brazylijskie buty, na które trzeba było przeznaczyć całą wypłatę. To wcale nie zniechęcało mojej mamy. Na jej nieszczęście jeden z dwóch lubelskich sklepów Mody Polskiej był zaraz po sąsiedzku, więc sami rozumiecie, okazja czyni nie tylko złodzieja, ale i zakupoholiczkę. Choć 40 lat temu bez wątpienia sukienka z bufiastymi rękawami, kołnierzykiem bebe i brązową muszką, która była w komplecie, nie zostałaby uzupełniona sneakersami, to jednak dla mnie obecnie, to najlepsze rozwiązanie.



Sukienka – MODA POLSKA WARSZAWA
Buty – ADIDAS ORIGINALS
Opaska – Aliexpress
 




środa, 7 sierpnia 2019

Kwiecień plecień


W tym roku nie tylko kwiecień poprzeplatał. Wśród trendów na sezon wiosna-lato 2019 pojawiło się mnóstwo plecionych dodatków. Buty z trawy, torebki z wikliny, opaski z rafii i kapelusze ze słomy, to tylko kilka przykładów, bo projektanci wcale się nie ograniczali i zaproponowali również wyplatane paski, berety, a nawet biżuterię. Każdy z takich akcesoriów może być pojedynczą ozdobą stylizacji, ale świetnie wyglądają również w duecie lub jak w przypadku dzisiejszego zestawu – w tercecie. O ile koszyk Ani Kuczyńskiej i baleriny z Zary były już w mojej szafie od jakiegoś czasu, tak opaska, podobnie jak sukienka, jest tegorocznym nabytkiem.



Kiedy pisałam jakiś czasu temu o planie na wyprzedaże, rozsądku na zakupach i liście, na której znalazło się tylko kilka rzeczy z Mango, to miałam na myśli między innymi sukienkę z dzisiejszego wpisu. Lekka, zwiewna, idealna na lato, a do tego w pięknych kolorach – taka właśnie jest. Podobnie jak sukienka z Mango, którą pokazywałam rok wcześniej ma asymetryczny dół, guziki powleczone materiałem, dekolt w kształcie litery „V” i szerokie rękawy, tu jednak pojawia się drobna różnica, bo w przypadku tegorocznej mamy do czynienia z bufkami, a nie z rozkloszowaną wersją tworzącą wręcz pelerynę. Zasadnicza różnica dotyczy także wzorów i kolorystyki. Nawet jeżeli łączy je odrobinę zbyt wiele, to nie żałuję, że kupiłam również wersję z kolekcji wiosna-lato 2019.



Duże kwiaty z poprzedniego sezonu i drobna łączka z obecnego, to printy, które są na czasie za każdym razem podczas ciepłych pór roku. Być może ich rokroczny powrót nie jest odkrywczy, ale i ciężko się tymi wzorami znudzić. Bez wątpienia przetrwają dłużej niż zwierzęce nadruki, tie-dye, a nawet dość uniwersalne grochy, których również nie brakuje na wyprzedażowych półkach. Niezależnie jednak od tego, co będzie modne za rok, cieszę się, że do mojej szafy nie trafiły żadne sezonowe hity, które pewnie dość szybko wylądowałyby na jej dnie. Jeszcze miesiąc temu nie do końca wierzyłam, że wytrwam w postanowieniu i nie skuszę się na nic spoza tych kilku linków, które czekały na rozpoczęcie obniżek w moich zakładkach. Lada chwila napisy „SALE” zaczną znikać ze sklepowych witryn, co oznacza, że w wielu miejscach pojawiła się więcej niż zapowiedź jesiennej kolekcji, a ja planuję trwać w moim postanowieniu i nie kupować nowych ubrań, zwłaszcza w Zarze.



Sukienka – MANGO
Torebka – ANIA KUCZYŃSKA
Buty – ZARA
Opaska – ASOS DESIGN




niedziela, 28 lipca 2019

Kolarki, biker shorts, bermudy rowerowe albo krótkie legginsy


Kolarki, biker shorts, bermudy rowerowe albo krótkie legginsy, bo w sklepach można je znaleźć pod różnymi nazwami, to żadna nowość. Pojawiły się w wielu kolekcjach już przed rokiem. Pomimo, że na wiosnę-lato 2018 lansowali je: Dolce&Gabbana, Off-White, Nina Ricci i Dion Lee, a nosiły je Bella i Gigi Hadid, to ja kojarzyłam je przede wszystkim z jedną blogerką – Alicią Roddy. Wtedy bardzo podobały mi się na kimś, ale absolutnie nie dopuszczałam myśli, że mogłabym je założyć. Teraz zwróciłam na nie uwagę z bardzo prozaicznego powodu. Stwierdziłam, że będą bardzo wygodną opcją na spacery z psem. Dorzuciłam je zatem do zakładek na wyprzedaż i cierpliwie czekałam, czy dotrwają do obniżek. Okazało się, że mieszane uczucia, które miałam względem takich spodenek, musi podzielać wiele kobiet, bo kiedy wystartowały promocje, one wciąż były dostępne w pełnej rozmiarówce. Gdy dotarła do mnie paczka i w końcu mogłam je przymierzyć, to okazało się, że wcale nie wyglądają tak źle, jak to sobie wyobrażałam i w sumie sprawdzą się też na co dzień.



Biorąc pod uwagę fakt, że kolarki, biker shorts, bermudy rowerowe, krótkie legginsy, czy jak je tam zwą, znalazły się w wielu kolekcjach na sezon wiosna-lato 2019, to okazuje się, że są drugim z tegorocznych trendów, zaraz po opaskach, który mnie do siebie przekonał. Jeżeli chcecie zobaczyć w jakim wydaniu są promowane takie spodenki, to macie do przejrzenia sporo kolekcji. Wśród domów mody, które pokazały je wśród swoich propozycji na wiosnę-lato 2019 są: Fendi, Chanel, Area, Collina strada, LaQuan Smith, Maryam Nassir Zadeh, Nanushka, John Elliott, Toga, MSGM, Roberto Cavalli, Acne i Jacquemus. Skoro tylu projektantów dostrzegło ich potencjał, to może się okazać, że rowerowe szorty będą hitem także w przyszłym roku. Jeżeli tak jak ja lubisz trendy z lat 90., a mimo to absolutnie nie byłaś przekonana do kolarek, to może warto dać im jeszcze szansę. Ja jestem miło zaskoczona.



Dzięki temu, że kolarki były popularne już przed rokiem i wszystko wskazuje na to, że się przyjęły, to w tym sezonie mamy dużo większy wybór kolorów i wzorów. W jednym z poprzednich wpisów można było zobaczyć takie krótkie legginsy w bladozielonym kolorze. Nie była to jednak jedyna para, którą kupiłam na wyprzedaży w Mango. Oprócz nich w moich zakładkach przygotowanych na wyprzedaże czekał jeszcze drugi model w kremowym kolorze. Biker shorts, które mam dziś na sobie świetnie uzupełniają większość swetrów i bluzek, które mam w swojej szafie. W końcu ecru, beże i brązy, to moje ulubione kolory. Jeżeli szukasz czegoś mniej zachowawczego, to nic nie stoi na przeszkodzie, żebyś wybrała jeden z wzorzystych modeli. Kolarskie bermudy w kwiaty, wężową skórę, cętki pantery, paski zebry, krowie łaty, moro, marmurkowe przetarcia, napisy lub modny nadruk tie-dye, znajdziesz teraz w wielu sieciówkach.



Bluzka – Pull&Bear
Legginsy – Mango
Sweter – Free People
Kapelusz – H&M Studio S/S 2015
Buty – Free People
Torebka – Ania Kuczyńska





poniedziałek, 15 lipca 2019

Birkenstock – wygodne klapki na lato


Miłość do niektórych butów może być bardzo bolesna. Co sezon przypominają mi o tym moje Martensy, które za każdym razem pozostawiają pokaźnych rozmiarów dziurę nad moją piętą. Wtedy jedyną opcją, jaką mam do wyboru, są klapki. W tym sezonie w końcu zdecydowałam się na zakup Birkenstocków. Przekonały mnie komentarze, które zachwalały je jako najwygodniejsze buty świata. Po kilku wspólnych miesiącach w pełni to potwierdzam. Reszta świata miała rację i Birkenstocki, to faktycznie najwygodniejsze buty, w jakich do tej pory chodziłam. Ostatnio za każdym razem, kiedy inne zafundują mi otarcia lub odciski, są plastrem na moje rany. Nigdy mnie nie zawodzą i wspierają w trudnych chwilach.




Jakiś czas temu pisałam o zakupach z Asosa, które nie wiążą się z płaceniem podatku, jak w przypadku paczek zza oceanu, ale za to przy zwrotach powodują stratę na przewalutowaniu. Buty należą do części garderoby, która musi być idealnie dopasowana, więc w ich przypadku wymiana dużo częściej wchodzi w grę, niż przy innych dodatkach lub ubraniach. Zaczęłam zatem szukać identycznych Bireknstocków w polskich sklepach internetowych. Całkiem przypadkiem trafiłam na stronę Peek & Cloppenburg. Nawet nie wiedziałam, że są dostępni online. Wcześniej znałam ich jedynie z warszawskiej Arkadii, ale jak wiecie rzadko robię zakupy stacjonarnie i ogólnie nie lubię chodzić po sklepach, przymierzać rzeczy ubrudzonych podkładem oraz stać w kolejkach do kasy. Zamiast tego wybieram darmową wysyłkę z opcją ewentualnego, bezpłatnego zwrotu.




Postanowiłam poświęcić wpis Birkenstockom nie tylko dlatego, że pewnie nie jestem jedyną osobą, która miewa otarte stopy. Te buty, to po prostu świetna inwestycja na wakacje. Jeżeli planujecie aktywny wypoczynek, np. zwiedzanie jakiegoś miasta, to wygodne buty są po prostu podstawą. Nie wiem, dlaczego tyle lat zwlekałam z ich zakupem, ale teraz wiem, że będzie z nimi podobnie jak z modelem Adidas Superstar. Kiedy jedne trafią do kosza. Od razu będę zamawiać kolejne. Tym razem wybór padł na brązowy zamsz, więc może następnym razem zdecyduję się na coś bardziej klasycznego, np. czarną skórę.




Bluzka – Mango
Spodnie – Zara
Torebka – Ania Kuczyńska
Buty – Birkenstock
Apaszka – H&M Studio S/S 2019
Beret – Aliexpress





niedziela, 30 czerwca 2019

Co kupiłam na wyprzedażach wiosna-lato 2019?

Jak przygotować się do wyprzedaży, żeby nie żałować wydanych pieniędzy? Najlepiej opracować plan. Wiadomo, że tłumy w butikach stacjonarnych albo mocno zaakcentowane wysokości obniżek w sklepach internetowych, mogą sprawić, że damy ponieść się emocjom. Jak temu zapobiec? Przygotować z wyprzedzeniem listę zakupów. Podczas jej układania warto skupić się nie tyle na sezonowych trendach, co na rzeczach, które posłużą nam przez wiele sezonów. W tej roli oczywiście nie muszą występować tylko basici. Ponadczasowe mogą być nie tylko jeansy, beżowy trencz lub biały T-shirt. Każda rzecz, która pasuje do twojego stylu taka będzie, nawet jeżeli daleko jej do klasyki. Jeżeli od razu założymy, co chcemy kupić podczas sezonowych obniżek, to mamy z głowy tylko połowę problemu. Druga kwestia jest jeszcze ważniejsza. Musimy ściśle trzymać się tego, co znalazło się na naszej liście. Inaczej nici z sukcesu. A jak to wyglądało w moim przypadku?  



Od początku tego roku nie kupiłam sobie żadnego ubrania. Mimo to przez cały sezon oglądałam nowości i czasami dorzucałam jakiś link do zakładek. Wszystko z myślą o wyprzedażach. Jakiś czas temu przejrzałam zapisane strony. Okazało się, że wiele z tych rzeczy już nie robi na mnie takiego wrażenia, jak w momencie, kiedy widziałam je po raz pierwszy. Dzięki temu sporo z zapisanych linków od razu usnęłam z listy. Ku mojej ogromnej radości zniknęły wszystkie prowadzące do sklepu Zara. Oznacza to, że są to pierwsze wyprzedaże od wielu lat, kiedy nic nie kupiłam w tym sklepie. Innym powodem do radości był fakt, że po prostu część z wybranych przeze mnie ubrań, zdążyła się już wyprzedać. Co zabawne dotyczyło to najdroższych rzeczy z listy. Po podsumowaniu zostało mi sześć linków. Wszystkie z nich prowadziły do jednej sieciówki – Mango. Pomimo, że jeszcze kilka sezonów wstecz praktycznie wcale nie zaglądałam do tego sklepu, teraz okazuje się, że ich propozycje znacznie wyprzedziły niegdyś ulubioną Zarę. 



Na liście zakupów przygotowanej na wyprzedaż kolekcji wiosna-lato 2019, znalazł się między innymi komplet w bladozielonym kolorze. Golf bez rękawów i dość nietypowy jak dla mnie dół. Kolarki, biker shorts, bermudy rowerowe, a może po prostu krótkie legginsy, bo takie spodenki można znaleźć w sklepach pod przeróżnymi nazwami. O ile co do bluzki nie miałam konkretnych planów, bo wiedziałam, że będzie pasować do wielu stylizacji, tak spodenki miały spełniać tylko jedno zadanie – służyć jako wygodna opcja na spacery z psem. Jednak, kiedy wreszcie je przymierzyłam, okazało się, że wcale nie wyglądają tak źle, jak się spodziewałam. Dzięki temu zyskałam ciekawą opcję na co dzień. Aż ciężko uwierzyć, że jeszcze rok temu, kiedy stały się popularne, w ogóle nie dopuszczałam myśli, że mogłabym je założyć. Jednak, o tym więcej w jednym z kolejnych wpisów, bo bladozielone kolarki nie są jedynymi, które trafiły do mojej szafy, więc będzie jeszcze okazja, żeby skupić się konkretnie na tym trendzie i jego ewolucji, nie tylko na wybiegach, ale również w mojej głowie. 



Top – Mango
Kolarki – Mango
Sweter – Free People
Opaska – Asos Design
Buty – Fila
Torebka – Ania Kuczyńska





poniedziałek, 24 czerwca 2019

Jakie marki wybrać zamiast oklepanych sieciówek?


Wygodnie jest mieć swoje ulubione marki. Wtedy zamiast błądzić po galerii lub zakamarkach internetu, szukamy konkretnych rzeczy tylko w kilku miejscach. Ma to też swoje minusy, kiedy kompletuje się któryś zestaw z rzędu i ma się na sobie rzeczy tylko z jednego sklepu, to można poczuć się jak manekin. W moim przypadku bez trudu można kompletować całe stylizacje w oparciu o rzeczy z Zary. W końcu jednak przyszedł czas na bunt, a wraz z nim na prawdziwą rewolucję. Do pewnych sklepów miałam już jakiś konkretny stosunek. Świetnym przykładem może być Massimo Dutti. Ta marka zawsze kojarzyła mi się z ubraniami dla kobiet starszych ode mnie. Ostatnio, kiedy mijałam ten sklep, znów przeszło mi przez myśl, że to nie jest odpowiednie miejsce na zakupy. Potem niestety przypomniałam sobie, ile mam lat. Od razu gorzko tego pożałowałam, ale było już za późno. Pomimo, że ostatecznie nie zdecydowałam się na zakupy, to jednak pojawiła się jakaś nowa opcja.



To nie był pierwszy raz, kiedy postanowiłam zdradzić Zarę. Jednak dużo wygodniej robi się to w zaciszu własnej sypialni, niż pod jej czujnym okiem w galerii handlowej. Zawsze wystarcza mi do tego laptop i zmiana adresu na asos.com. To właśnie tam znalazłam wiele ciekawych ubrań z nowymi metkami. Wiecie, dlaczego wybrałam ten adres, a nie oficjalne strony marek, które często mają własne sklepy? W większości przypadków wysyłka z USA kończy się przykrym obowiązkiem zapłacenia podatku. Kiedy decydujemy się na coś z Asosa, który nadaje paczki z Europy, nie spotka nas równie smutny finał. Inną zaletą są również darmowe zwroty, ale w praktyce wygląda to tak, że tracimy na przewalutowaniu, więc jednak lepiej dobrze przemyśleć każdy zakup. Asos, poza markami, które ma stale w swoim asortymencie, od lat wprowadza do oferty także nowości. W tym sezonie również ich nie brakuje.



Na jakie marki wymieniłam Zarę? Numerem jeden jest w tym momencie Free People. Boho sukienki, swetry i buty, to rzeczy, które najchętniej wybieram z ich kolekcji. Skusiłam się jednak również na pojedyncze ubrania i dodatki innych brandów i wcale nie żałuję. Większość z nich można było już zobaczyć na blogu. Wśród nich znalazły się: dwie sukienki (koronkowa i z plisowaną spódnicą) Self-Portrait, kurtka Alpha Industries, kurtka Tommy Hilfiger, bluza House of Sunny, sweter i buty AllSaints, sukienka w kwiaty Faithfull The Brand, sukienka z falbanami Tularosa, torebka Whistles i kardigan z frędzlami Moon River. Wśród rzeczy, które nie doczekały się swojej premiery jest na przykład jeansowy płaszcz Stevie May i drugie kimono Rahi, bo pierwsze możecie zobaczyć w tym poście, ale może jeszcze będzie okazja, żeby je tu pokazać. Z kolekcjami jakich marek jeszcze warto się zapoznać? Moją uwagę zwróciło ostatnio kilka brandów. Wśród nich są: Capulet, For Love & Lemons, Essentiel Antwerp, C/Meo, Lily & Lionel, Leon & Harper, White Sand, Cleobella i Resume. Jednak na razie dzielnie się trzymam i nic nie kupuję, choć z zakupami rzeczy takich marek najlepiej czekać do wyprzedaży, więc teraz jest najlepszy moment 😉



Kimono – Rahi
Top – Calvin Klein
Spodnie – Topshop
Buty – Free People
Torebka – Moschino
Naszyjnik – ZoZo Design
Opaska - Aliexpress





niedziela, 16 czerwca 2019

O co chodzi z sukienkami Self-Portrait?


Bardzo dbam o ubrania i dodatki, choć moje starania czasami przegrywają walkę z Yoshim. Jednak, jeżeli akurat jego zęby nie spotkają się z moją sukienką, butami lub torebką, to jest raczej pewne, że posłużą mi one przez lata. W swojej szafie mam wciąż jeansowe szorty, w których ćwiczyłam na zajęciach z wychowania fizycznego w podstawówce. Nie wiem czy piszę to, żeby pochwalić się jak potrafię dbać o kawałek materiału, czy może bardziej, żeby podkreślić, że wciąż się w nie mieszczę. Jakby nie było, lubię mieć świadomość, że wycisnęłam z każdej rzeczy maksimum jej możliwości. Z tego powodu jeszcze bardziej boli mnie klątwa, która wisi nad moim sukienkami Self-Portrait. Przez nią chyba już nigdy, nie tylko nie zdecyduję się na zakup kolejnego modelu tej marki, ale też uszczuplę obecną kolekcję, póki to jeszcze w ogóle możliwe. Z czterech sukienek, aż trzy odniosły obrażenia. Do tego tworząc listę ubrań, które w jakiś sposób zniszczyłam nie byłaby ona szczególnie długa. Umieściłam na niej właśnie te trzy sukienki i tyle, koniec listy. Inaczej niż klątwą tego określić nie mogę. Wisi nad nimi fatum, oby nie rozprzestrzeniło się i nie przeniosło na resztę mojej szafy.



W przypadku sukienki z plisowaną spódnicą można powiedzieć, że w uszkodzeniu było trochę mojej winy. Przecięłam ją nożyczkami podczas otwierania paczki. Jednak nie ma co demonizować. Każdy ma czasem gorszy dzień, jest zmęczony albo po prostu przerasta go korzystanie z tak wymagającego narzędzia, jakim są właśnie wspomniane nożyczki. Chciałabym, żeby mnie dotyczył powód numer jeden lub dwa, ale boję się, że może chodzić o trójkę. Było minęło i nie trzeba drążyć. W końcu istnieje cerowania artystyczna, która mnie ratuje w takich sytuacjach. Zupełnie inaczej potoczyła się historia mojej wymarzonej sukienki – Self-Portrait Azalea, czyli modelu z dzisiejszego wpisu.



Życie czasami daje nam okazję do tego, żeby ubrać się w coś extra. Nie to, żebym miała problem z wyjęciem najlepszej sukienki, założeniem do niej adidasów lub martensów i pójściem na spacer z psem, ale jednak na ogół celuję wtedy w dres. Pewnego razu jednak los zesłał mi zaproszenie na pokaz Bizuu i stwierdziłam, że właśnie ta sukienka będzie odpowiednia na wieczór. Zrobiłam się na bóstwo, nie takie prawdziwe, ale takie w moim zasięgu i ruszyłam miło spędzić czas. Jednak zanim wszystko się zaczęło ja już wiedziałam, że to nie jest mój wieczór. Nie wiem jak to się stało, ale wysiadając z samochodu zaczepiłam o coś i rozdarłam tył… Tym razem w roli cerowni artystycznej wystąpiła moja mama, która uratowała sukienkę. Nie wiem czy kolejny będzie barszcz, wino, którego nawet nie piję, czy może jeszcze coś innego, ale aż się boję o tym myśleć.



Sukienka – Self-Portrait
Buty – Jeffrey Campbell model Roscoe
Torebka – Moschino
Apaszka – H&M Studio S/S 2019